najgorsze tłumaczenia tytułów filmów

Niektóre tłumaczenia tytułów filmowych zupełnie nie oddają sensu oryginałów. Jednak są i takie, które dodają oryginałom mocy i popularności. Które są które okazuje się dopiero po czasie.

Prześmiewcy zawsze podają trzy przykłady, by obronić swoją tezę, że tłumaczenia odmienne od oryginałów się nie sprawdzają. Pierwszy to „Terminator”, który został polskim „Elektronicznym mordercą”. Można było zostawić oryginał w latach 80. XX wieku? Można, tyle tylko, że znajomość angielskiego w tamtych czasach była znikoma. Tłumacz odważył się i poległ, choć intencje miał dobre. Po latach tytuł „Terminator” wrócił, tak jak obiecywał zresztą główny bohater filmu w finałowej scenie drugiej części.

tłumaczenia tytułów filmowych

Dwa kolejne filmy wyśmiewane za tłumaczenie to „Dirty Dancing” (po polsku „Wirujący seks”) i „Die Hard” („Szklana pułapka”). Z pierwszego tłumaczenia śmiejemy się do dziś, a przetłumaczonego tytułu nigdzie się nie używa. A co z „Die Hard”? Film akcji z Brucem Willisem do dziś funkcjonuje w świadomości Polaków pod polskim tytułem. Oryginalnego „Die Hard” używają jedynie poligloci i wielojęzyczna młodzież.


Warto pamiętać, że o tym, jaki ostatecznie tytuł będzie miał film w danej wersji językowej nie decyduje tłumacz, a dystrybutor. To on zarządza promocją filmu. Decydując się na przekład, zmianę lub pozostawienie tytułu w oryginalnym brzmieniu kieruje się tym, by zachęcić jak najwięcej widzów do obejrzenia danej pozycji.

Translator niemile widziany

Są tytuły tak mocne, że translatorzy w ogóle nie podejmują się ich tłumaczenia. Tak było z oskarowym filmem „Whiplash” i chyba najbardziej kultowym „Pulp Fiction”. Zostały tytuły oryginalne, choć oba można było spolszczyć lub zmienić. Zresztą w przypadku filmów Tarantino zabieg zastosowano potem ponownie i pozostawiono oryginalny „Kill Bill”. Już jednak „Inglourious Basterds” przetłumaczono na „Bękarty wojny”, przy okazji pozbawiając angielski tytuł haczyka, bo w oryginale ma w swojej pisowni aż dwa błędy ortograficzne.

Mamy wrażenie, że niektóre tytuły to nie sprawa złego czy dobrego tłumaczenia, ale nieprzewidywalnego odbioru przez publiczność. „Captain America: Civil War” to u nas „Kapitan Ameryka: wojna bohaterów”, a nie wojna domowa, jak w oryginale. To spodobało się widzom. Tak samo jak „Deszczowa piosenka” („Singing in the Rain”), czy „Młodzi gniewni” („Dangerous Minds”). Nawet „Kac Vegas” został przyjęty, choć w oryginale jest po prostu kacem („Hangover”). Zresztą w przypadku tego obrazu twórcy zrobili tłumaczom wielkiego psikusa. Druga część przeniosła się do stolicy Tajlandii i trzeba było zrobić „Kac Vegas w Bangkoku”, co brzmi już kuriozalnie (choć się przyjęło).

Będzie po polsku, a co!

Są filmy, których tłumaczenia tytułów filmowych są dla nas oczywiste i dobre, choć niewiele mają wspólnego z oryginałami. To „Kevin sam w domu” („Home Alone”), „Wszystko za życie” („Into the Wild”), „Buntownik z wyboru” („Good Will Hunting”), a nawet klasyki jak „Pół żartem, pół serio” („Some Like It Hot”), „Witaj w klubie” („Dallas Buyers Club”), czy „Łowca androidów” („Blade Runner”). Inne budzą w nas opór, by wymienić chociażby „Orbitowanie bez cukru” („Reality Bites”) czy „Podziemny krąg” („Fight Club”). Przy tym filmie jedni używają oryginalnego tytułu, inni polskiego. I chyba nie jest to wcale najgorsze.

Okazuje się więc, że nie ma recepty na dobre tłumaczenie tytułów filmowych. Nie istnieje też reguła, która mówiłaby kiedy ich nie tłumaczyć. Wszystko w rękach widzów!

Zaufali nam:

Wybierz język