Branża lokalizacyjna w ciągu ostatniego półwiecza zmieniła się nie do poznania. Wraz z rozwojem internetu i wejściem na rynek smartfonów codzienna komunikacja nabrała tempa, a specjalistyczna zaczęła wymagać umiejętnej lokalizacji na wiele języków. Skoro mamy w kieszeni prawie cały świat to oczywiście chcemy go mieć w znanym nam języku. Wkroczyliśmy w trzecią dekadę XXI wieku. Jak w tej rzeczywistości odnajdują się tłumacze?

Jednym z najczęściej poruszanych tematów, gdy zastanawiamy się nad wyzwaniami przyszłości, jest tłumaczenie maszynowe. Dla jednych to potencjalnie groźny konkurent, który może wypchnąć ludzi z rynku, inni widzą w nim narzędzie, które może pomóc im w pracy. Obecna technologia nie pozwala jednak na całkowicie prawidłowe tłumaczenie bez udziału ludzkich tłumaczy, którzy potrzebni są do korygowania błędów algorytmów.

Tłumacze czy Maszyna? Na razie ostrożnie…

Z tłumaczenia maszynowego chcą korzystać między innymi znane serwisy streamingowe, które operują ogromnymi ilościami treści na wielu rynkach. Dlatego inwestują ogromne środki w prace badawcze i ulepszanie takich technologii. Przykładem może być sieć Netflix ze swoimi około 182 milionami subskrybentów, czy Amazon Prime zrzeszający ponad 150 milionów widzów. Serwisy takie do tematu podchodzą jednak ostrożnie. Internetowa społeczność, a w szczególności fani danej serii, nie wybaczają pomyłek, chętnie je wyłapują i upubliczniają. Nie brakuje przykładów tłumaczeń napisów w filmach na Netflixie czy Amazonie, które krążą po sieci i są tematem żartów.

Niedawno Netflix testował ciekawą aplikację o nazwie figsApp, która miała upraszczać napisy, przekładając trudne wyrażenia i idiomy na łatwiejsze konstrukcje. Serwis kieruje się zasadą „Simplify-Then-Translate”. Chodzi o to by najpierw upraszczać bazową treść, dzięki czemu będzie bardziej lekkostrawna dla algorytmów. Ma to usprawnić także proces korygowania późniejszych błędów systemu przez żywych tłumaczy. Brzmi dobrze, jednak czy po drodze seriale i filmy nie stracą sporej części przekazu? Trudno to ocenić, przyszłość pokaże.

Gdy tłumacze się mylą: błędy, które weszły do kanonu

Warto przytoczyć w tym miejscu interesujące przypadki seriali animowanych emitowanych w polskiej telewizji pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Można tam było obejrzeć wiele starszych japońskich animacji, które trafiały do Polski po wielu innych krajach. Oznaczało to na przykład, że film bazowo w języku japońskim był tłumaczony na angielski, z tego na francuski lub włoski (bo najczęściej te języki było słychać pod głosem lektora) i wreszcie na polski. Efekt? W serialu „Dragon Ball”, emitowanym na RTL7, oryginalny Son Gokū w Polsce zyskał imię Songo. Dziś internauci chętnie wyłapują i zachowują dla potomności takie błędy.

Zresztą w przypadku lokalizacji gier odbiorcy także nie wybaczają pomyłek.

Obecnie tłumaczenie maszynowe jest wykorzystywane do szybkich i orientacyjnych przekładów na potrzeby osób prywatnych. Jednak bez eksperckiej weryfikacji i korekty człowieka-eksperta nie można im do końca ufać. Wiele organizacji pracuje nad rozwojem ciekawych technologii w tym zakresie. Jednym z nich jest amerykański gigant Google, którego algorytm BERT ma za zadanie zrozumieć żywy język, czyli ten, którym się komunikujemy, a który wciąż się zmienia. To i inne rozwiązania wciąż mają przed sobą długą drogę uczenia się oraz doskonaleniaprzez programistów. Wciąż korzystanie z maszyn wymaga weryfikacji.

Tłumacze w czasach zarazy

Pandemia koronawirusa także wpłynęła na nasz sektor rynku. Po pierwsze wiele firm, które korzystały z usług tłumaczeniowych, zaczęło borykać się z finansowymi kłopotami, co przełożyło się na spadek zamówień. Z drugiej strony wykazujące się refleksem biura tłumaczeń szybko zaczęły oferować usługi online: zarówno tłumaczenia pisemne, jak i ustne. Masowe użytkowanie takich aplikacji jak GoToMeeting, Zoom oraz innych podobnych narzędzi przeniosło seminaria, eventy i konferencje do internetu. Komunikatory internetowe, takie jak Skype czy Discord, stały się równie ważnymi i powszechnymi narzędziami jak konto e-mail. Dlatego niektóre firmy rozszerzyły swoją działalność także do sfery on-line. Obecnie nikogo nie zaskakuje usługa tłumaczeniowa, w której trakcie tłumacz łączy się z nami kanałami audio-wideo przez internet.

Tłumacze w czasach pandemii. Na obrazku mężczyzna w masce zasłaniającej usta i nos, patrzy w stronę czytającego.
\Wpadki tłumaczy: błędy, które weszły do kanonu

Jednocześnie na wadze zyskały specjalistyczne tłumaczenia medyczne oraz związanych z medycyną patentów. Więcej na temat tej gałęzi naszej pracy możecie usłyszeć w naszym podcaście „PRZEtłumacze”, gdzie rozmawialiśmy z Edytą Zielińską, specjalistką od tłumaczenia patentów medycznych.

Zmiany w świecie tłumaczy

Szacuje się, że do końca 2020 roku branża lokalizacyjna na całym świecie będzie miała obroty na poziomie 45 miliardów dolarów. Zarówno tłumacze, jak i zatrudniające ich firmy zaczną wypracowywać nowe metody współpracy i rozliczania. Wielu przewiduje odejście od płacenia za słowo czy znormalizowane strony.

Globalizacja na początku XXI wieku kojarzyła się z wszechobecnym językiem angielskim. Z czasem okazało się, że w działalności biznesowej rozszerzenie zasięgu oznacza konieczność przygotowywania wielojęzycznej oferty. To prawda, możemy dotrzeć do odbiorców w każdym zakątku świata, ale nie możemy oczekiwać tego, że będą mówić naszym językiem ani że będą rozumieć nasze kody kulturowe.

Jednak globalizacja nie stała się pod tym względem siłą unifikującą, handlową kolonizacją. Owszem, możemy na wielu kontynentach kupić hamburgera w McDonald’s, ale menu każdej z restauracji będzie napisane w lokalnym języku. Co więcej znajdziemy w nim potrawy charakterystyczne dla kultury danego kraju. Podobnie jest i w innych globalnych sieciach, które, otwierając lokalne oddziały, muszą skorzystać z lokalizacji: zarówno komunikacji, jak i produktów.

Zaufali nam:

Wybierz język