Kiedy kilka lat temu zastanawiałam się nad wyborem kierunku studiów, wiedziałam zaledwie, że chcę, aby był to kierunek lingwistyczny. Już wtedy jednak mój wybór obciążony był koniecznością myślenia o przyszłości: mieć czy być? Jaki język wybrać, żeby w przyszłości znaleźć dobrze płatną pracę?

Serce mówiło mi, żeby szlifować mój już wówczas niezły angielski i niemiecki, rozum podpowiadał chiński lub szwedzki. Skończyło się na angielskim i niemieckim, jednak nie porzuciłam zupełnie myśli o nauce chińskiego i spróbowałam na własną rękę nauczyć się choćby podstaw tego języka. Z ciekawości, ale również z chęci przekonania się, co straciłam, nie decydując się na studiowanie sinologii. Przez dwa lata raz w tygodniu przez półtorej godziny pod okiem lektora zgłębiałam podstawy mandaryńskiego.

Podczas lekcji uczyłam się pisania, czytania, słuchałam dialogów – standard dla początkujących. Szło mi całkiem nieźle. Prawdziwą gratką były jednak historie mojej nauczycielki – prawdziwej pasjonatki, która w Państwie Środka spędziła lata. Co tydzień opowiadała zabawne, ale i zdumiewające anegdoty, uświadamiające mnie, jak odmienne są: rzeczywistość, sposób myślenia i relacje społeczne naszych społeczeństw i jak trudno byłoby mi się odnaleźć w tym kraju. Przekonałam się również, jak pewne obce nam idee mają odzwierciedlenie w języku (np. inny znak dla opisu starszego i młodszego brata, co dobrze obrazuje znaczenie hierarchii w chińskim społeczeństwie) oraz jak istotny może okazać się słuch muzyczny (chiński zalicza się do języków tonalnych). To wszystko było ciekawe i trudne zarazem. Z każdą lekcją uświadamiałam sobie, ile pracy czekałoby mnie, gdybym chciała poznać chiński naprawdę dobrze – ile książek, ile podróży… I nie chodzi wcale o to, że przeczytanie książek czy wycieczka do Chin przekraczałyby moje możliwości. Zrozumiałam, że nie interesuje mnie to na tyle, aby to wszystko robić, nie rezygnując jednocześnie ze studiów i innych zainteresowań.

Dziś nie żałuję tych dwóch lat, ale też cieszę się, że nie zdecydowałam się na sinologię, bo studia filologiczne pomogły mi zrozumieć, że język jest przede wszystkim elementem kultury danego obszaru językowego i ciężko się go nauczyć, nie będąc w tej kulturze zakochanym. Jako przykład podam moje zaangażowanie w naukę języka Moliera. Jednocześnie z nauką chińskiego zaczęłam się uczyć francuskiego. Naukę tego drugiego kontynuuję do dzisiaj i od pewnego czasu czuję się w nim zupełnie swobodnie. Mogę powiedzieć, że lubię francuski, ponieważ lubię Francję, Francuzów, ich kuchnię i kino. Lubię brzmienie tego języka, fascynuje mnie francuskie przywiązanie do formy i zamiłowanie do dyskusji.

W Chinach nie byłam do dzisiaj, choć planuję taką podróż już od jakiegoś czasu. Od czasu do czasu docierają do mnie wiadomości, jak dobrze mają się polsko-chińskie kontakty handlowe i jak bardzo poszukiwani są tłumacze w tej kombinacji językowej. Myślę, że osoby stojące przed wyborem kierunku studiów niewątpliwe powinny rozważyć podjęcie nauki języka niszowego (niekoniecznie azjatyckiego – w Polsce coraz częściej poszukuje się osób znających języki skandynawskie, flamandzki czy nawet czeski). Dalej jednak uważam, że przy tym ważnym wyborze nie powinniśmy się kierować wyłącznie perspektywą wyższych zarobków. W przeciwnym razie ryzykujemy zostać nie ładnie brzmiącymi profesjonalistami, lecz mniej eleganckimi dla ucha wyrobnikami.

Źródła:
1.    http://www.bankier.pl/wiadomosc/Jakich-jezykow-warto-sie-uczyc-by-dostac-prace-2658149.html
2.    http://edukacja.dziennik.pl/aktualnosci/artykuly/467322,nauka-nietypowych-jezykow-poplaca-jakich-warto-sie-uczyc-by-wiecej-zarabiac.html
3.    http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/953490,nowe-polsko-chinskie-porozumienia-gospodarcze.html
4.    http://twoja-uczelnia.pl/tekst/tlumacze-chinskiego-w-cenie/

Zaufali nam:

Wybierz język