W ostatnich dniach października ja (Dorota Jabłońska) i Anna Kolasa miałyśmy przyjemność reprezentować Biuro Tłumaczeń Diuna na 58-ej Konferencji  Stowarzyszenia Tłumaczy Amerykańskich (American Translators Association – ATA). Od tych wydarzeń minęło już trochę czasu, emocje opadły i nadeszła pora na krótkie podsumowanie tego nowego, lecz jakże ciekawego dla nas doświadczenia.

Organizacja ATA działa od 1959 roku. Zrzesza tłumaczy pisemnych i ustnych oraz osoby zaangażowane w branżę tłumaczeń w całych Stanach Zjednoczonych i poza nimi. Liczy ponad 11 tysięcy członków i ma na celu wspomagać ich rozwój, jak i prestiż całej branży. Amerykanie chętnie łączą się w towarzystwa i grupy, czują się dzięki nim pewniej i silniej. Tutaj nieco różnią się od Polaków (przynajmniej w tej branży). Podczas konferencji wielokrotnie powtarzano, jak ważne jest dla tłumaczy poczucie jedności w ramach tej organizacji. Na każdym kroku dało się wyczuć ogromną dumę członków ATA z tego, że do niej należą. Konferencje i spotkania były dla nich niemal spotkaniami rodzinnymi. Świeżaków wpuszczali jednak chętnie i obie czułyśmy się częścią tego organizmu.

Ale zacznijmy od początku. W Nowym Jorku wylądowałyśmy o 20:15 lokalnego czasu po około 9 godzinnym locie – na szczęście połączenie bezpośrednie Warszawa-Nowy Jork, więc nie byłyśmy aż tak zmęczone. Na lotnisku powitał nas standardowy sznureczek osób, chcących dostać się na terytorium USA. I tutaj po raz kolejny miłe zaskoczenie – wprowadzono automatyczne budki do skanowania paszportów i wiz tak, aby przyspieszyć proces weryfikacji i dzięki temu po pół godziny byłyśmy już na amerykańskiej ziemi. Dziękując taksówkarzom czekającym w holu (i niestety często chcącym naciągnąć nieświadomych turystów), postanowiłyśmy zamówić Ubera – i tutaj przestroga dla wszystkich – o ile Wi-Fi na lotnisku działa, o tyle już dwa kroki poza nim – nie za bardzo. Warto więc poczekać na akceptację przejazdu przez kierowcę i dopiero potem ruszyć mu na spotkanie, niż, jak my, wyjść w trakcie zamawiania na zewnątrz, by wypatrzyć jakieś dogodne miejsce. Nic to jednak, Uber przyjechał i dotarłyśmy szybciutko do naszego mieszkania na Brooklynie.

Co prawda konferencja ATA, na którą przyleciałyśmy, odbywała się w Waszyngtonie, a nie w Nowym Jorku, ale postanowiłyśmy przylecieć najpierw tu, by nieco się zaaklimatyzować (i nie spać na sesjach w objęciach jet lagu) oraz oszczędzić na biletach (połączenia Warszawa – Waszyngton są nie tylko drogie, ale też długie i pełne przesiadek). Patrząc wstecz – nie żałujemy tej decyzji. Te dwa dni w Nowym Jorku były naprawdę super!

Pierwszego dnia wstałyśmy skoro świt i ruszyłyśmy w miasto. Czasu mało, pojutrze ruszamy o 6:00 do Waszyngtonu, a rzeczy do zobaczenia co nie miara! Na pierwszy rzut poszło World Trade Center – kolosalne memoriały po dwóch zburzonych wieżach robią wrażenie, a górująca nad nimi Freedom Tower zapiera dech w piersiach. Wjechałyśmy na samą górę do tzw. Observatory i podziwiałyśmy przepiękną panoramę Nowego Jorku z wysokości 104 pięter. Tego dnia zobaczyłyśmy również High Lane – zamkniętą już linię kolejową, którą przemieniono w park, a także zeszłyśmy wzdłuż i wszerz cały Manhattan – kończąc wieczór drinkami w, okrzykniętym najlepszym na świecie, barze Death & Company (http://www.deathandcompany.com/).

Następnego dnia aura nie była sprzyjająca, jednak mimo deszczu udało nam się przejść po Central Parku oraz odwiedzić MET (The Metropolitan Muzeum of Art), w którym spędzić można ładne kilka dni! Zwieńczeniem naszej przygody z Nowym Jorkiem był Broadway – udałyśmy się na Chicago, które było niezapomnianym przeżyciem! Każdemu, kto wybiera się do Nowego Jorku, polecam odwiedzić Broadway – nie bez powodu musicale tam wystawiane robią furorę na całym świecie!

Do Waszyngtonu ruszyłyśmy trzeciego dnia skoro świt. Nasz autobus odjeżdżał o 7:00 z Port Authority Bus Terminal (Manhattan), więc tu z pomocą znów przyszedł nam Uber – działają w Stanach bardzo sprawnie, więc z pewnością jest to dobra alternatywa dla drogich żółtych taksówek. Jedynym minusem jest to, że niemal za każdym razem po zamówieniu samochodu kierowca dzwoni, aby dopytać o dokładne miejsce spotkania – przydatne w obcym kraju, bo ogranicza ryzyko pomyłki, ale z drugiej strony kosztowne ze względu na roaming…

Jeśli chodzi o samo połączenie Nowy Jork – Waszyngton warte uwagi są linie Peter Pan, dzięki którym dojechałyśmy wygodnie za jedynie 11,20 USD za osobę (większość autobusów na tej linii oferuje połączenie za około 50 USD).

O 11:00 byłyśmy w Waszyngtonie. Szybko dotarłyśmy do hotelu Hilton, w którym odbywała się konferencja ATA58. Wszystko było bardzo profesjonalnie przygotowane i robiło wrażenie już od samego początku. Odebrałyśmy nasze identyfikatory, które, poza imieniem, nazwiskiem i reprezentowaną firmą, zawierały również informację o językach, jakimi dana osoba się posługuje (bardzo praktyczne kropki w kolorach odpowiadających poszczególnym językom), a także czy jest się tzw. „newby” (osoba będąca na konferencji po raz pierwszy), „buddy” (opiekunowie newbies), „speakerem” itp. Informacje te były bardzo cenne i stanowiły przydatny „conversation starter” podczas licznych przerw kawowych czy eventów integrujących.

Organizatorzy przewidzieli również na samym początku konferencji specjalny event, na którym każdy newby dostawał swojego buddy – „weterana konferencji” służącego pomocą i radą na każdy temat.

Oficjalnie konferencja rozpoczynała się wieczorem, jednak my z Anią zapisałyśmy się wcześniej na dodatkowe warsztaty. Wybór był duży, ale każda z nas znalazła coś dla siebie. Była to okazja, aby w mniejszych niż zwykle grupach nauczyć się czegoś nowego. Warsztaty te były bardziej szczegółowe niż pozostałe sesje podczas konferencji i trwały znacznie dłużej – aż 4 godziny, podczas gdy codzienne sesje zwykle zamykały się w  godzinie. Warto zaznaczyć, że były one dodatkowo płatne – i to niemało, bo około 150 USD, przy całkowitym koszcie konferencji rzędu 715 USD. I, o ile okazały się zdecydowanie najbardziej interesujące pod względem merytorycznym ze wszystkich sesji, na które się udałyśmy, to pytanie czy cena dla przeciętnego śmiertelnika z Polski nie jest jednak zbyt wygórowana.

Wieczorna gala otwarcia była bardzo dużym przeżyciem. Wzięło w niej udział naprawdę wiele osób, początkowo nieco trudno było się odnaleźć i przełamać, aby zwyczajnie rozpoczynać rozmowę z obcymi ludźmi. W Polsce w końcu raczej trzymamy się na dystans.

Na szczęście jednak kultura amerykańska i sami Amerykanie są do tego stworzeni  to osoby niezwykle otwarte i uśmiechnięte, przez co szybko zapomina się o ewentualnym zakłopotaniu. Gala ma na celu poznanie jak największej liczby ludzi – co jakiś czas zmienia się stolik lub dołącza do nowej grupki ludzi wizytówki wymienia wizytówkami. I tutaj od razu rada dla wszystkich – na tego typu konferencjach ciężko jest wziąć zbyt dużo wizytówek. Każda z nas rozdała ich ponad sto.

Poszłyśmy za radą organizatorów i starałyśmy się kończyć każdy dzień konferencji umieszczeniem którkiego opisu, skojarzenia czy myśli na wizytówkach, które tego dnia otrzymałyśmy. W ten sposób znacznie łatwiej było nam zapamiętać, kim był tajemniczy John Smith z kolejnej kremowej wizytówki. Wierzcie mi, niezależnie od tego jak dobrze rozmawiało nam się z kimś jednego dnia na konferencji, po powrocie do domu naprawdę ciężko byłoby wyłowić tę osobę z pliku innych wizytówek. My, z myślą o tej właśnie konferencji, zrobiłyśmy specjalne wizytówki ze zdjęciami, co wbrew śmichom chichom części Diunowiczów okazało się strzałem w dziesiątkę!

Konferencja trwała trzy dni, uczestnicy mogli wybrać spośród prawie 200 różnych wykładów i eventów. Z pomocą przychodziła tu bardzo sprawnie działająca konferencyjna aplikacja na smartfony, pozwalająca zarówno na planowanie swoich wykładów i zajęć dodatkowych, jak i na zarządzanie kontaktami, przeglądanie profili wykładowców oraz orientację w obiekcie – a wierzcie – trzy poziomy sal konferencyjnych Hiltona to niemały labirynt, w którym zdecydowanie niełatwo było się odnaleźć.

Warto też zauważyć, że wykłady skierowane były głównie do tłumaczy freelancerów, przez co osoby, które tak, jak my, reprezentowały biura tłumaczeń, nie mogły z nich skorzystać w pełni. Poruszano na przykład kwestie komunikacji z biurami tłumaczeń, planowania wydatków, negocjacji z klientami, odnajdywania własnej specjalizacji, radzenia sobie na trudnym rynku, udziału w przetargach itd. Dodatkowo obie z Anią odniosłyśmy wrażenie, że ogólny poziom samych sesji wykładowych był dość powierzchowny i skierowany głównie do początkujących graczy na rynku tłumaczeń – a może wynikało to po prostu z amerykańskiej mentalności i podstawowym celem wystąpień było przedstawienie treści tak, by była zrozumiała dla jak najszerszej publiczności. Patrząc jednak na całokształt, myślę, że to jedyny minus całej konferencji. Liczne spotkania networkingowe i targi pracy były fantastycznym sposobem na poznanie nowych ludzi oraz zawiązanie biznesowych relacji.  Jeżeli wybieracie się na konferencję ATA właśnie jako przedstawiciele biur tłumaczeń, to zdecydowanie należy się skupić na przerwach kawowych, wydarzeniach towarzyszących i poznawaniu ludzi. Ze względu na poziom merytoryczny, tematy poruszane podczas sesji zdecydowanie były dla nas kwestią drugorzędną. Również bardzo istotnym aspektem samej konferencji były spotkania i eventy, które odbywały się poza oficjalnym planem. W takich momentach warto schować nieśmiałość do kieszeni i podążać za tłumem, by nie przegapić najciekawszych wydarzeń. My starałyśmy się w pełni wykorzystywać tego typu okazje i wiele kontaktów nawiązałyśmy właśnie ”po godzinach”, na przykład podczas śniadań na mieście czy fantastycznej imprezy „na dachu” organizowanej przez jednego ze sponsorów.

Ale wracając do przebiegu samej konferencji. Może się wydawać, że trzy dni (w naszym przypadku cztery – licząc z pierwszym, który obejmował opcjonalne warsztaty i galę otwarcia) to mało. W pierwszym odruchu obie zapełniłyśmy sobie wszystkie trzy dni sesjami wykładowymi i wszystkimi możliwymi atrakcjami. Jednak po dwóch dniach dopadł nas kryzys i obie „urwałyśmy się” na szybkie zwiedzanie miasta. Okazało się, że była to zdecydowanie słuszna decyzja. Te kilka godzin odpoczynku od konferencji sprawiło, że nabrałyśmy oddechu, trochę dystansu i z nową energią kolejnego dnia wróciłyśmy w wir wydarzeń. No i przede wszystkim udało nam się rzucić okiem na główne atrakcje Waszyngtonu. Przecież szkoda by było wracać do Polski nie rzuciwszy okiem na Biały Dom, Kapitol czy National Mall!

Ostatni dzień zwieńczony był galą zamknięcia, po której odbyła się część taneczna . Po początkowych oporach, zachęcone przez Latynoską część uczestników konferencji, my również bawiłyśmy się na parkiecie do samego końca, z łezką w oku zdając sobie sprawę, że to już koniec naszej waszyngtońskiej przygody z ATA58… Następnego dnia pozostało nam tylko złapać pociąg do Newark i odlecieć Dreamlinerem prosto do Warszawy.

Teraz, gdy emocje już opadły, warto się zastanowić, czy było warto

Z perspektywy czasu stwierdzamy, że poczucie przynależności do jakiejś organizacji jest rzeczywiście bardzo istotne. W dobie komputerów, kiedy większość tłumaczy pracuje zdalnie w domu lub wynajmowanych biurach coworkingowych, jest to bardzo dobry sposób na „wyjście do ludzi”. Co ważne, nawet w tak egzotycznym dla nas środowisku nie czułyśmy się obco – amerykańscy tłumacze to w zdecydowanej większości osoby o bardzo różnych korzeniach, więc idealnie wpisywałyśmy się w tamtejszy klimat. Nasz angielski nie odbiegał szczególnie poziomem od pozostałych uczestników, a gdy na pytanie skąd jesteśmy odpowiadałyśmy, że z Polski, większość osób reagowała tak samo: OK, ale skąd w Stanach? I dopiero informacja, że faktycznie przyjechałyśmy na konferencję z Europy wzbudzała zdziwienie. Także śmiało – nie warto się przejmować ewentualnym akcentem czy pochodzeniem.

Natomiast jeżeli chodzi o aspekt stricte marketingowy i handlowy – dopiero czas pokaże, czy inwestycja ta się zwróci (a łączne koszty przelotu, udziału w konferencji, zakwaterowania etc. wyniosły nas – bagatela – ok. 10 000 PLN na osobę). Jednak mamy już pierwsze małe sukcesy! Udało nam się zarówno zrealizować z sukcesem zlecenie od klienta poznanego podczas jednej z konferencyjnych pogawędek, jak i zatrudnić kilka osób zza oceanu do naszych zleceń wymagających osób z określonych regionów świata. Oczywiście mamy nadzieję, że to nie koniec! Ale trzeba tu zaznaczyć, że praca nie kończy się wraz z galą zamknięcia – po powrocie obie sumiennie wróciłyśmy do wizytówek (i wspomnień) i do każdej z poznanych osób wysłałyśmy maila, nawiązałyśmy kontakt na Linkedinie czy zdzwoniłyśmy się na Skypie.

Na koniec watro zauważyć, że konferencja co rok odbywa się w innym miejscu w Stanach Zjednoczonych, co sprawia, że jest atrakcyjna nie tylko ze względów merytorycznych. W przyszłym roku stowarzyszenie spotka się w muzycznym Nowym Orleanie! Kto wie, czy i tam się nie pojawimy?

Autor: Senior Project Manager w Biurze Tłumaczeń Diuna – Dorota Jabłońska

Zaufali nam:

Wybierz język